czwartek, 19 lipca 2012

Rozdział 2

 Stałam tam, nie kryjąc zdumienia, a w tym czasie dziedziniec powoli się opróżniał, aż nie było nikogo poza moimi myślami. Bez zastanowienia ruszyłam w przeciwnym kierunku niż mój nowy "sąsiad". Niespiesznie, w końcu dotarłam do lasu nieopodal, a nawet do pobliskiego jeziora. Teraz już byłam sama. Ja i moja przeszłość. Wspomnienia niepowstrzymanie pojawiały się w mojej świadomości, jak przewracane kartki z pamiętnika zatrzymujące się tu i tam. Niedługo odnalazłam to wspomnienie, które tak skrzętnie skrywałam. Nic już nie mogło go zatrzymać.
Tego dnia nic nie zapowiadało nieszczęścia, które zburzy nasze dotychczasowe uczucia. Ranek był przepiękny, ptaki gorliwie uwijały się przed zimą, a słońce dawało ostatnie promienie lata. Dzień idealny na urodziny. Moje urodziny. Symboliczne pożegnanie wakacji, piasku i shortów, ponieważ ten dzień był również początkiem nowej szkoły. W te urodziny kończyłam 7 lat, więc rozpoczynałam podstawówkę.
 Wszystkie dzieci dzielnie wędrowały dzierżąc pokaźną tytę ze słodyczami. Po krótkim apelu wszyscy poszli do klas by zawrzeć nowe znajomości. W klasie, gdy wszyscy się dowiedzieli o moim święcie, złożyli mi życzenia, a także zadeklarowali swoje przybycie na przyjęcie.
 Niedługo później wyszłam przed szkołę i zobaczyłam mojego tatę czekającego na mnie przed samochodem. Po drodze przypomniałam sobie:
- Tato, możemy podjechać po brokat? -zapytałam słodkim głosikiem.
- Musimy? - odpowiedział pytaniem tata i pogłaskał mnie po głowie z uśmiechem. - No dobrze solenizantko, to twoje urodziny.
Gdy dojeżdżaliśmy do sklepu, zebrały się ciemne, ołowiane chmury. W ciągu 5 minut zaczął się ostatni ulewny letni deszcz.
 To było kilka sekund. Pisk, szkło, drzewo, ciemność. Następne, co pamiętam to światło i wszechogarniającą biel. I mnie. Bladą, wręcz siną. Leżałam pod wyjątkowo nienaturalnym kątem, a obok mnie ktoś, kogo nie umiałam rozpoznać. Nagle coś zaczęło mnie ciągnąć w stronę "mnie". Próbowałam walczyć, nie chciałam tam wracać tu było tak przyjemnie. Ale ta decyzja nie należała do mnie. Coś cały czas plątało mnie, ograniczało ruchy. Ruchy? Przecież nie miałam ciała, nic nie czułam. Po chwili znowu zasnęłam.
 Obudziłam się już w szpitalu. Przy moim łóżku siedział jakiś starszy pan.
- Kim pan jest? - zapytałam. Byłam bardzo zmęczona.
- Och, nic się nie przejmuj kochaniutka. Musisz odpoczywać.
- Gdzie jest tata?
Starszy pan bardzo spoważniał. Na jego twarz wstąpił ogromny smutek.
- Wiesz, miałaś wypadek i...
- Gdzie jest tata?! - teraz już krzyczałam, nawet wstałam z łóżka, ale zaraz dostałam ataku migreny, więc usiadłam. Staruszek znowu zabrał głos:
- ...i miałaś bardzo poważną operację. To cud, że przeżyłaś. A kim jestem? Nie znasz mnie, po prostu mam łóżko obok i jakoś tak martwiłem się o ciebie. Dosyć długo byłaś w śpiączce, wiesz? Dwa tygodnie i...
- Proszę wyjść. -  moja mama mówiła spokojnym, ale stanowczym głosem. Właśnie weszła do pomieszczenia. Wyglądała na jeszcze bardziej zmęczoną niż ja. Oczy były pozbawione wyrazu, radości, podkrążone. Zgarbiona postać sprawiał wrażenie obciążonej. Zupełnie jej nie poznałam.
 Starszy pan już miał wychodzić, gdy odwrócił się i szepnął mi do ucha:
- Jestem Thomas, jak byś była ciekawa. - puścił do mnie oczko, po czym bez słowa wyszedł.

poniedziałek, 16 lipca 2012

Rozdział 1

 Dzień jak co dzień. Słońce jak zwykle mnie obudziło, bo moja służąca zapomniała wieczorem dokładnie zasunąć zasłony. Oczywiście nie omieszkałam ją o tym upomnieć. Tak ja zawsze kiwała beznamiętnie głową nic nie rozumiejąc. Jak można mieszkać tyle w obcym kraju i nadal nie znać języka? Ranek o tyle inny, że grzanki, które dostałam do łóżka, nie węgliły się. Poza tym, był pierwszy dzień szkoły.
Włożyłam na siebie staranie wybrane ubrania i wyszłam przed dom. Tam czekał już na mnie samochód, który miał mnie zabrać do szkoły. Coś było nie tak. Przede wszystkim szofer nie wysiadł z auta by otworzyć mi drzwi. Na razie pozwoliłam niezauważenie przejść błędowi. Otworzyłam drzwi pojazdu i cichutko usiadłam na tylnym siedzeniu.
- Witaj ślicznotko! - powitał mnie nieznajomy głos.
- Po pierwsze niewolno ci zwracać się tak do mnie. Jak już to "Dzień dobry, pani!". Jasne? Po drugie, zawsze jak mam wsiąść do samochodu ty otwierasz mi drzwi. Po trzecie, kim jesteś? I po czwarte, gdzie jest mój szofer?!- odpowiedziałam.
Z każdy moim zdaniem on robił się coraz bardziej blady, a ja coraz bardziej wściekła. Po chwili niezręcznej ciszy, odpowiedział:
- Eeeem... więc... jestem twoim nowym "szoferem", jak to nazwałaś. Twój stary szofer niestety zmarł na zawał. Bardzo współczuje.
- Pamiętasz, co powiedziałam - "pani". Jasne? Poza tym drzwi.
Na jego twarzy malowało się nie odparte zdumienie. Z zniecierpliwieniem spojrzałam na zegarek.
- Chyba powinniśmy jechać. Nie chcę się spóźnić już pierwszego dnia.
Bez słowa ruszył i niedługo już mieliśmy za sobą moją rezydencję, a także pobliski las. Oparłam głowę o zimną szybę i bezmyślnie wpatrywałam się w mijane krajobrazy. Wolałam nie myśleć. Z otępienia wyrwał mnie nieśmiały głos.
- Jesteśmy na miejscu.
Bez najmniejszej wskazówki, że dotarło do mnie jakieś jego słowo, wzięłam torebkę i wyszłam na żwirowany dziedziniec. Zerknęłam na samochód i ze zdumieniem zauważyłam, że mój kierowca też wysiada i  niespiesznie zamyka auto. Poza tym, że na ramieniu zawiesił plecak oraz ma na sobie zwykłe jeansy i t-shirt. No i jest bardzo przystojny.
- Wiesz, przepraszam za moją poranna odzywkę. Naprawdę nie chciałam, ale... ty chodzisz to mojej szkoły? - bezmyślnie zapytałam.
- Tak. Właśnie dlatego wolałbym, nie mówić do ciebie "pani" oraz nie otwierać przed tobą drzwi, jeśli sama możesz to zrobić.
- Och, to jak najbardziej zrozumiałe. - obdarzyłam go moim najbardziej promiennym uśmiechem. - Więc jesteś nowy?
- Zgadza się. Twoi rodzice zaproponowali mi, że mogę u nich mieszkać, jeśli będę cię woził do szkoły i zajął się ogrodem.
- Więc mieszkasz u mnie ?!
- Tak. Mogę zadać ci pewne pytanie? - posłał mi niewinny uśmiech. Jako, że nie wyraziłam sprzeciwu, zapytał. - Nie zrobiło na tobie żadnego wrażenia, że twój szofer nie żyje?
- Nie, niby dlaczego. Nawet nie pamiętam jego twarzy, ale twoją na pewno zapamiętam. - zatrzepotałam rzęsami i posłałam mu "oczko". Wyraźnie zbity z tropu powiedział tylko:
- No cóż, wszystkiego najlepszego. - i odszedł.

niedziela, 15 lipca 2012

...

Każdy zna taką historię, w której niepozorna szara myszka musi się zmagać z własnym życiem. Rodzina jej nie akceptuje albo umiera jej kotek. W tym wszystkim pomaga wspaniałomyślna przyjaciółka, która jest na każde skinienie. Lecz - jak w każdej baśni - w tych wszystkich wydarzeniach widać plątający się czarny charakter - niemiły dozorca albo wredna koleżanka ze szkoły.  Na przykład jest królową szkoły i z nikim się nie liczy. W końcu podstępna dziewczyna dostaje nauczkę, a wymarzony chłopak zostaje zdobyty i wszyscy się cieszą. No po prostu:
The (Happy) End
Przyznajcie, nie zastanawiało was nigdy, co potem dzieje się z tą żmiją? Jak JĄ zmieniają wydarzenia? Czy ona w końcu znajduje "Happy End"? Jeśli nie, to dobrze - nie musicie się martwić, ale jeśli tak... Poznajcie drugą stronę lustra.