poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Rozdział 4

 - Wszystko w porządku, kochaniutka? - zapytał szofer.
- Tak, po prostu to rocznica... - odpowiedziałam przybita, ale mimo wszystko nie to mnie martwiło.
- Widzę przecież, że nie o to chodzi. - tylko on mnie tak dobrze znał. - Wiesz, że mnie możesz wszystko powiedzieć.
- Martwi mnie moja matka, wiesz, ona mnie obwinia i...
- To nie twoja wina, pamiętaj o tym. Nie ma prawa cię osądzać.
Westchnęłam tylko i wsiadłam do samochodu.
Po dłuższej przerwie na podniesienie się po wypadku wracałam do szkoły. Jakimś cudem moja mama na to wpadła, a może Thomas...
Jechaliśmy tą samą drogą, co zwykle. Drzewa, zjazd do sklepu i w końcu szkoła.
- Odprowadzić cię? - zapytał troskliwie szofer.
- Nie trzeba. Muszę dać radę.
Na korytarzu spotykałam zaciekawione spojrzenia, ale też te "ukradkiem", lecz niezwykle przenikliwe i pogardliwe. Może kilka współczujących.
Nie wiem kiedy się to stało, ale z czasem miałam dość tych chamskich i pocieszających słów.

- Nikt nigdy nie poczuje tego, co ja! - mój krzyk i spłoszone stado kaczek ostatecznie wyrwało mnie z zadumy. Pospieszne otarłam łzy i poprawiłam makijaż. Zabrałam torbę i zaczęłam biec w stronę szkoły - może uda mi się złapać tego nowego chłopaka. "Właśnie jak on się nazywa? Nie ważne wyciągnę to od jakiejś plotkary."
Za niecałe 5 minut byłam już w szkole. Właśnie wchodziłam do szkoły, gdy dostrzegłam na korytarzu Connie. Wtedy nie wiedziałam nawet jak ma na imię.
- Ej, ty w szarym swetrze? - zawołałam.
- Ja?! - wyglądała na co najmniej zaskoczoną.
- Nie, woźny. - odpowiedziałam znudzona pogardliwym tonem. - Jak się nazywa ten nowy?
- Ten przystojniak?
- Nie podniecaj się tylko odpowiedz.
- A może jakieś proszę... - odpowiedziała nieśmiało, ale stanowczo.
- Dobra czego chcesz?!
- Chcę być popularna, jak ty...
- Kochanie, tu jest tyle do roboty, że nawet sobie nie wyobrażasz... - spojrzałam na nią z góry na dół. - Zacznijmy od tego, że potrzebujesz czegoś więcej niż sweterek w romby. - i podałam jej wizytówkę sklepu.
- Jejciu... ale imię no tak - nazywa się Matt. Tak w ogóle jestem Connie.
- Jasne, jasne... - odeszłam pospiesznie zanim coś zdążyła powiedzieć.
Po krótkiej przebieżce korytarzem znalazłam go przy szafce z jakąś dziwną laską, którą na pewno pierwszy raz widzę w tej szkole. Podeszłam i jakby jej tam nie było powiedziałam :
- Hej, Matt. Niedługo zbliża się bal i na pewno przyda ci się dobra opinia na początek, więc może pójdziesz ze mną? - posłałam kolejny promienny uśmiech.
- Bardzo mi przykro, ale idę już z nią. Poznaliśmy się na biologi. - odpowiedział speszony i wskazał  dziewczynę, którą tak zignorowałam.
- Cześć, jestem Katy... - nieśmiało przywitała się wspomniana.
- No cóż, twoja strata, ale jak byś jeszcze zmądrzał wiesz gdzie mnie znaleźć. - odeszłam zachowując pokerową twarz.
Gdy, dochodziłam do wyjścia usłyszałam:
- Może ze mną pójdziesz, kochanie? - zapytał mięśniak z drużyny footballowej.
- Spadaj Curtis...
- Zadzwoń... - krzyknął jeszcze z za drzwi.
 Już miałam iść znowu w stronę jeziora, gdy ktoś złapał mnie za ramię. Był to nauczyciel biologi:
- Pozwól ze mną.
Zaprowadził mnie do pracowni i zamknął drzwi.
- Twoje niskie oceny sprawiają, iż masz średnią poniżej 3, co uniemożliwia ci startowanie na królową balu, a także uczestniczenie w nim.
- Chyba pan żartuje...
- ...ale jest pewien sposób. - przerwał mi i nim coś zdążyłam zrobić poczułam rękę pod bluzką.
- Co pan robi?! - krzyknęłam, po czym zaczęłam go okładać pięściami, lecz on chwycił mnie mocno za nadgarstki.
- Przestań wiem, że tego chcesz...
Chciałam krzyczeć, ale zatkał mi usta moimi włosami. Czuła palący dotyk wszędzie, szamotałam się, ale to mnie przytłoczyło. Wszystko działo się tak szybko...
Siedziałam na podłodze i płakałam cicho łkając. Skończył ze mną  i nawet na mnie nie spojrzał odchodząc.
Czułam się jak przeżuty śmieci, dla nikogo nic nie znaczyłam...
- Wszystko w porządku? Wszędzie cię szukałem... - usłyszałam Matta wchodzącego do klasy, ale szybko wybiegłam jeszcze głośniej łkając. - Przepraszam, nie wiedziałem, że chcesz ze mną iść na bal..
On na prawdę myślał, że to o to chodzi... Gdyby tylko znał prawdę...

wtorek, 7 sierpnia 2012

Rozdział 3

 Moja mama podeszła do łóżka, usiadła na krześle obok. Siedziała tak bez słowa ponad 15 minut. Bałam się jej. Westchnęła jakby ten cały czas wstrzymywała powietrze i powiedziała tonem najeżonym jakimś uczuciem, którego nie umiałam rozpoznać:
- Wiesz już, co się stało. Teraz czas, żebyś poznała resztę faktów. Z powodu deszczu auto wpadło w poślizg i zeszło na pobocze, a tam rosną drzewa i...
- A tata? - zapytałam.
Mama sprawiała wrażenie jakby mówienie sprawiało jej coraz większe problemy. Teraz mówiła już przez zęby.
- ...i zdarzył się wypadek. Twój ojciec, a mój ukochany... zginął, tragicznie, w bólu, przez ciebie! - przeraziła się i zasłoniła usta dłonią. Wybiegła z pokoju szlochając, gdy wychodziła usłyszałam jak szepcze: "Przepraszam, cię Karol, ale gdyby nie ten wypadek..." Dalszej wypowiedzi nie usłyszałam, bo zagłuszyły ją zamykające się drzwi.
Leżałam i nie umiałam wykrzesać, żadnej myśli, słowa, obrazu. Ale mimo to wciąż odtwarzałam wypadek w pamięci, tak jakby podświadomie. Tak pamiętałam go - każdy dźwięk i dreszcz, który wstrząsną moim ciałem.
Do pokoju weszła wcześniejsza osoba - Thomas.
- Słyszałem, całą rozmowę. Jak się czujesz? - spytał.
Nie umiałam nic powiedzieć. Odwróciłam się tylko i zamknęłam w kokonie myśli. Nie potrafiłam uwierzyć.
 Mijały tygodnie, aż w końcu wyszłam ze szpitala. Zebrałam swoje rzeczy i wyszłam z budynku. Nie sądzicie, że to dziwne - 7-letnia dziewczynka sama wychodzi ze szpitala?
Przed szpitalem stał samochód z którego wysiadł ten starszy pan. Skinął ręką, więc wsiadłam. Nie przyszło wam też do głowy, że mała dziewczynka wsiada do samochodu obcego faceta? Tak właśnie nie myślała moja mama.
- Teraz to pan mnie będzie woził? - zapytałam speszona.
- Tak. To gdzie jedziemy, proszę pani?
- Do domu.
Bezmyślnie patrzyłam się w mijane krajobrazy. Nie długo myliśmy już w domu.
- Ach, to wy. - powiedziała beznamiętnie mama, gdy nas zauważyła. - Musicie się wrócić potrzeba wrócić się do sklepu po zakupy. - i podała Thomasowi listę zakupów. - Alicjo, jedź z panem. - myślałam, że doda "...bo nie chcę cię widzieć".
Jechaliśmy mijając drzewa, gdy nagle zauważyłam to drzewo ledwo draśnięte. Wszystko wróciło, wszystko nagle zrozumiałam. Wszystko.
Zrozumiałam jakim uczuciem najeżona była wypowiedź mojej mamy w szpitalu - żalem.

czwartek, 19 lipca 2012

Rozdział 2

 Stałam tam, nie kryjąc zdumienia, a w tym czasie dziedziniec powoli się opróżniał, aż nie było nikogo poza moimi myślami. Bez zastanowienia ruszyłam w przeciwnym kierunku niż mój nowy "sąsiad". Niespiesznie, w końcu dotarłam do lasu nieopodal, a nawet do pobliskiego jeziora. Teraz już byłam sama. Ja i moja przeszłość. Wspomnienia niepowstrzymanie pojawiały się w mojej świadomości, jak przewracane kartki z pamiętnika zatrzymujące się tu i tam. Niedługo odnalazłam to wspomnienie, które tak skrzętnie skrywałam. Nic już nie mogło go zatrzymać.
Tego dnia nic nie zapowiadało nieszczęścia, które zburzy nasze dotychczasowe uczucia. Ranek był przepiękny, ptaki gorliwie uwijały się przed zimą, a słońce dawało ostatnie promienie lata. Dzień idealny na urodziny. Moje urodziny. Symboliczne pożegnanie wakacji, piasku i shortów, ponieważ ten dzień był również początkiem nowej szkoły. W te urodziny kończyłam 7 lat, więc rozpoczynałam podstawówkę.
 Wszystkie dzieci dzielnie wędrowały dzierżąc pokaźną tytę ze słodyczami. Po krótkim apelu wszyscy poszli do klas by zawrzeć nowe znajomości. W klasie, gdy wszyscy się dowiedzieli o moim święcie, złożyli mi życzenia, a także zadeklarowali swoje przybycie na przyjęcie.
 Niedługo później wyszłam przed szkołę i zobaczyłam mojego tatę czekającego na mnie przed samochodem. Po drodze przypomniałam sobie:
- Tato, możemy podjechać po brokat? -zapytałam słodkim głosikiem.
- Musimy? - odpowiedział pytaniem tata i pogłaskał mnie po głowie z uśmiechem. - No dobrze solenizantko, to twoje urodziny.
Gdy dojeżdżaliśmy do sklepu, zebrały się ciemne, ołowiane chmury. W ciągu 5 minut zaczął się ostatni ulewny letni deszcz.
 To było kilka sekund. Pisk, szkło, drzewo, ciemność. Następne, co pamiętam to światło i wszechogarniającą biel. I mnie. Bladą, wręcz siną. Leżałam pod wyjątkowo nienaturalnym kątem, a obok mnie ktoś, kogo nie umiałam rozpoznać. Nagle coś zaczęło mnie ciągnąć w stronę "mnie". Próbowałam walczyć, nie chciałam tam wracać tu było tak przyjemnie. Ale ta decyzja nie należała do mnie. Coś cały czas plątało mnie, ograniczało ruchy. Ruchy? Przecież nie miałam ciała, nic nie czułam. Po chwili znowu zasnęłam.
 Obudziłam się już w szpitalu. Przy moim łóżku siedział jakiś starszy pan.
- Kim pan jest? - zapytałam. Byłam bardzo zmęczona.
- Och, nic się nie przejmuj kochaniutka. Musisz odpoczywać.
- Gdzie jest tata?
Starszy pan bardzo spoważniał. Na jego twarz wstąpił ogromny smutek.
- Wiesz, miałaś wypadek i...
- Gdzie jest tata?! - teraz już krzyczałam, nawet wstałam z łóżka, ale zaraz dostałam ataku migreny, więc usiadłam. Staruszek znowu zabrał głos:
- ...i miałaś bardzo poważną operację. To cud, że przeżyłaś. A kim jestem? Nie znasz mnie, po prostu mam łóżko obok i jakoś tak martwiłem się o ciebie. Dosyć długo byłaś w śpiączce, wiesz? Dwa tygodnie i...
- Proszę wyjść. -  moja mama mówiła spokojnym, ale stanowczym głosem. Właśnie weszła do pomieszczenia. Wyglądała na jeszcze bardziej zmęczoną niż ja. Oczy były pozbawione wyrazu, radości, podkrążone. Zgarbiona postać sprawiał wrażenie obciążonej. Zupełnie jej nie poznałam.
 Starszy pan już miał wychodzić, gdy odwrócił się i szepnął mi do ucha:
- Jestem Thomas, jak byś była ciekawa. - puścił do mnie oczko, po czym bez słowa wyszedł.

poniedziałek, 16 lipca 2012

Rozdział 1

 Dzień jak co dzień. Słońce jak zwykle mnie obudziło, bo moja służąca zapomniała wieczorem dokładnie zasunąć zasłony. Oczywiście nie omieszkałam ją o tym upomnieć. Tak ja zawsze kiwała beznamiętnie głową nic nie rozumiejąc. Jak można mieszkać tyle w obcym kraju i nadal nie znać języka? Ranek o tyle inny, że grzanki, które dostałam do łóżka, nie węgliły się. Poza tym, był pierwszy dzień szkoły.
Włożyłam na siebie staranie wybrane ubrania i wyszłam przed dom. Tam czekał już na mnie samochód, który miał mnie zabrać do szkoły. Coś było nie tak. Przede wszystkim szofer nie wysiadł z auta by otworzyć mi drzwi. Na razie pozwoliłam niezauważenie przejść błędowi. Otworzyłam drzwi pojazdu i cichutko usiadłam na tylnym siedzeniu.
- Witaj ślicznotko! - powitał mnie nieznajomy głos.
- Po pierwsze niewolno ci zwracać się tak do mnie. Jak już to "Dzień dobry, pani!". Jasne? Po drugie, zawsze jak mam wsiąść do samochodu ty otwierasz mi drzwi. Po trzecie, kim jesteś? I po czwarte, gdzie jest mój szofer?!- odpowiedziałam.
Z każdy moim zdaniem on robił się coraz bardziej blady, a ja coraz bardziej wściekła. Po chwili niezręcznej ciszy, odpowiedział:
- Eeeem... więc... jestem twoim nowym "szoferem", jak to nazwałaś. Twój stary szofer niestety zmarł na zawał. Bardzo współczuje.
- Pamiętasz, co powiedziałam - "pani". Jasne? Poza tym drzwi.
Na jego twarzy malowało się nie odparte zdumienie. Z zniecierpliwieniem spojrzałam na zegarek.
- Chyba powinniśmy jechać. Nie chcę się spóźnić już pierwszego dnia.
Bez słowa ruszył i niedługo już mieliśmy za sobą moją rezydencję, a także pobliski las. Oparłam głowę o zimną szybę i bezmyślnie wpatrywałam się w mijane krajobrazy. Wolałam nie myśleć. Z otępienia wyrwał mnie nieśmiały głos.
- Jesteśmy na miejscu.
Bez najmniejszej wskazówki, że dotarło do mnie jakieś jego słowo, wzięłam torebkę i wyszłam na żwirowany dziedziniec. Zerknęłam na samochód i ze zdumieniem zauważyłam, że mój kierowca też wysiada i  niespiesznie zamyka auto. Poza tym, że na ramieniu zawiesił plecak oraz ma na sobie zwykłe jeansy i t-shirt. No i jest bardzo przystojny.
- Wiesz, przepraszam za moją poranna odzywkę. Naprawdę nie chciałam, ale... ty chodzisz to mojej szkoły? - bezmyślnie zapytałam.
- Tak. Właśnie dlatego wolałbym, nie mówić do ciebie "pani" oraz nie otwierać przed tobą drzwi, jeśli sama możesz to zrobić.
- Och, to jak najbardziej zrozumiałe. - obdarzyłam go moim najbardziej promiennym uśmiechem. - Więc jesteś nowy?
- Zgadza się. Twoi rodzice zaproponowali mi, że mogę u nich mieszkać, jeśli będę cię woził do szkoły i zajął się ogrodem.
- Więc mieszkasz u mnie ?!
- Tak. Mogę zadać ci pewne pytanie? - posłał mi niewinny uśmiech. Jako, że nie wyraziłam sprzeciwu, zapytał. - Nie zrobiło na tobie żadnego wrażenia, że twój szofer nie żyje?
- Nie, niby dlaczego. Nawet nie pamiętam jego twarzy, ale twoją na pewno zapamiętam. - zatrzepotałam rzęsami i posłałam mu "oczko". Wyraźnie zbity z tropu powiedział tylko:
- No cóż, wszystkiego najlepszego. - i odszedł.

niedziela, 15 lipca 2012

...

Każdy zna taką historię, w której niepozorna szara myszka musi się zmagać z własnym życiem. Rodzina jej nie akceptuje albo umiera jej kotek. W tym wszystkim pomaga wspaniałomyślna przyjaciółka, która jest na każde skinienie. Lecz - jak w każdej baśni - w tych wszystkich wydarzeniach widać plątający się czarny charakter - niemiły dozorca albo wredna koleżanka ze szkoły.  Na przykład jest królową szkoły i z nikim się nie liczy. W końcu podstępna dziewczyna dostaje nauczkę, a wymarzony chłopak zostaje zdobyty i wszyscy się cieszą. No po prostu:
The (Happy) End
Przyznajcie, nie zastanawiało was nigdy, co potem dzieje się z tą żmiją? Jak JĄ zmieniają wydarzenia? Czy ona w końcu znajduje "Happy End"? Jeśli nie, to dobrze - nie musicie się martwić, ale jeśli tak... Poznajcie drugą stronę lustra.